Od dziecka zbieram baśnie. Chińskie, w których klon jest bóstwem. Baśnie braci Grimm, niemal w całości prowadzące przez buki, z kośćmi zakopanymi pod jałowcem. Świerczyny, w których mieszkają piękne huldry z opowieści norweskich i szwedzkich. Złote jabłka przewijające się przez baśnie irlandzkie, perskie, włoskie i rosyjskie. Smutne wierzby u Andersena, dumne dęby w baśniach słowiańskich – koronami sięgające nieba, korzeniami krain wiecznego mroku.
Drzewa w baśniach były początkiem mojej miłości do lasu.
Baśń przekazuje dziecku ważne doświadczenia w formie symbolicznej. Dziecko rozumie obrazy intuicyjnie i odnajduje w nich sens, nawet jeśli nie potrafi opowiedzieć o tym, co wie. Na las można spojrzeć podobnie.
Dzieci rozumieją symbole inaczej niż dorośli, bo nie traktują ich jak zagadek do rozwiązania. Sosny trzymają się wydm, wierzby i olchy stoją bliżej wody, leszczyny i graby kryją przejścia, a brzozy pojawiają się nagle jak jasne znaki. Kiedy idę z dziećmi przez Puszczę Kampinoską, rzadko pytają, jak nazywa się drzewo. Częściej pytają, czy można się pod nim schować, czy to dobre miejsce na odpoczynek, czy tędy prowadzi droga. Drzewo jest dla nich kimś, a nie czymś.

„Dzieci przychodzą na świat z naturalnym poczuciem pokrewieństwa z żywym światem. Trzeba wiele czasu, żeby je tego oduczyć” — pisze Robin Wall Kimmerer w Pieśni ziemi.
W baśniach drzewa nie są dekoracją. Każde niesie inny rodzaj doświadczenia: brzoza zna drogę powrotną, leszczyna daje natchnienie, dąb stoi przy prawdzie i odwadze, wierzba uczy cierpliwości, a świerk przypomina, że las ma taką stronę, której nigdy do końca nie poznamy. Dzieci nie potrzebują tych znaczeń tłumaczyć. One je rozpoznają — tak jak rozpoznaje się nastrój miejsca albo ton głosu.
To dlatego dzieci tak dobrze reagują na baśnie o drzewach. Symbol nie jest dla nich abstrakcją. Jest czymś, co można zobaczyć, dotknąć, pod czym można usiąść albo się schować. Gdy słyszą, że brzoza chroni, naprawdę czują ochronę. Jeśli modrzew trzyma na gałęziach słońce i księżyc, to znaczy, że tak właśnie działa świat.
W Ogrodowym przebudzeniu zachwyciła mnie myśl Mary Reynolds, że kiedy zaczynamy postrzegać rośliny jako istoty, a nie dekorację, ogród staje się miejscem spotkania, a nie projektem do zrealizowania.
Idę więc między sosny z pytaniami i uczę się trwania na suchych wydmach. Olchy i wierzby pokazują, jak żyć wśród wody, a dęby w Kampinosie stoją jak ciężkie słowa, których nie trzeba już wypowiadać.
Podoba mi się też zdanie Emmy Donoghue, badaczki baśni, że opowieści nie są tylko o tym, co się wydarzyło, ale o tym, co mogłoby się wydarzyć, jeśli ktoś odważyłby się opowiedzieć je inaczej.
Moim zdaniem wystarczy pójść do lasu i posłuchać, ile baśni jest w drzewach.

